Wiara i życie
| Share |
Wiara i życie,
Na początku listopada obchodzimy w naszym kręgu kulturowym święto zwane potocznie dniem zmarłych. Nie sposób nie myśleć przy tej okazji o przemijaniu, a więc także o sensie swego życia. Takie czy inne sukcesy życiowe mają niewielki sens przy założeniu, że i tak odchodzimy, że odchodzą bliscy, którym ewentualnie dorobek swego życia pozostawimy, że przesłanie naszego życia – podobnie jak np. sens nauki Jezusa – mogą się okazać opacznie zrozumiane, więc nawet ten „pomnik trwalszy od spiżu” pozostawimy nie taki zapewne jaki byśmy chcieli. Jaki zatem jest obiektywny sens naszego życia w ciele tu na tym świecie.
Nie może nim być tylko przetrwanie, ewentualnie doznanie tu jakiejś liczby przyjemności czy pozostawienie tego co i tak albo przeminie albo nikomu bądź niewielu na cokolwiek się zda, ale nawet zakładając, że będziemy wybitnymi naukowcami albo fachowcami ułatwiającymi życie czy przeżycie wielu ludziom, to ostatecznie należy zapytać czy to życie, a może jedynie przeżycie, jest samo w sobie jakąś wartością, skoro i tak wszyscy pewnie prędzej czy później pomrą? A nawet jeśli nauka uczyni nas nieśmiertelnymi, to czy aby nie będziemy jedynie bardziej doskonałymi trybikami jakiejś maszynki, w nieskończoność robiąc rzeczy jakie wykonujemy z niewielkim lub średnim sensem przez lat średnio na jeża 75 obecnie (no więc czy nie będzie to jakiś „wieczny czyściec”). Oczywiście życie musi mieś swoje sensy, bo żyjemy, a przecież zakładamy z doświadczenia i z rozsądku, że istnieje rzeczywistość wykraczająca poza nas, którą nazywamy Bogiem lub niebem. Rzeczywistość taka jawi nam się jako porządek, sens, i doskonałość, a więc jakieś dobro. Dobro ma sens. Ma zresztą sens czynienie dobra tu na ziemi: każdy intuicyjnie to wyczuwa. Ma sens poświęcenie dla rodziny, ma sens pomoc, ma sens twórczość, ma sens miłość, ale ma ten sens tylko w perspektywie sensu ludzkiego życia: albo życia tych którym pomagamy, albo naszej własnej egzystencji. Jakiż więc jest ten sens, czy sensy?
Jednym z ulubionych filmów wielu wierzących jest dokument The Privileged Planet. Można go znaleźć na youtube i video.google.com Jego przesłanie jest takie: warunki umożliwiające powstanie i podtrzymywanie życia na ziemi to jednocześnie te same warunki, które umożliwiają odkrycia naukowe dotyczące wszechświata. Można więc rzec, że jednym z sensów naszego życia jest odkrywanie prawdy, i to nie byle jakiej prawdy ale tej o całokształcie tego co nas otacza i materialnie i niematerialnie, bo obserwacja kosmosu od zawsze kierowała myśli ludzi ku Bogu.
No dobrze, ale jeśli tak, to epopeja odkrywania Prawdy trwa tysiące lat. Tysiące lat obejmuje choćby refleksja ludzkości na temat kosmosu i równie długo trwa coś co duża część ludzkości rozumie jako objawienia odbierane przez ludzi wiary od Boga. Wynika z tego jednak, że sens istnienia ma bardziej ludzkość niż jednostka ludzka. W tej perspektywie my – jednostki – mamy sens o tyle o ile wpisujemy się w tą właśnie misję ludzkich pokoleń, misję odkrywania Prawdy: jeden odnajdzie się w niej jako odkrywca, inny jako dostawca obiadu dla tegoż odkrywcy a jeszcze inny jako przewoźnik dywanu po którym chodzić będzie położna, która odbierze poród mamy tegoż odkrywcy, a położna dzięki temu dywanowi być może nie nabawi się reumatyzmu i nie umrze zbyt wcześnie na serce i dziękitemu kompetentnie odbierze więcej porodów, może właśnie jakiś przyszłych odkrywców.
Obserwacja wskazuje jednak, że spora część ludzkości żyje w sposób raczej szkodzący temu porządkowi dzięki któremu tworzą się możliwości na tą właśnie działalność odkrywczą. I tu można powiedzieć, że to co wpisuje się w taki porządek, który daje możliwości by organizować dochodzenie do prawdy, ma sens, a np. społeczności, które ograniczają się do przetrwania, takiego sensu nie mają, albo mają o tyle, o ile w którymś pokoleniu przejmą zadania innych społeczeństw twórczych, np. takich które w międzyczasie się zdegenerują.
I. Sedno Sprawy.
Z tego wynika m.in. wniosek, że sens jako jednostki mamy wtedy gdy się rozwijamy po to by maksymalnie wykorzystać swój potencjał i w jak najlepszy sposób wpisać się w tą dziejową sztafetę podążania za Prawdą. Wreszcie mamy sens wtedy kiedy współtworzymy porządek tworzący cywilizację odkrywania. Mamy zatem sens albo gdy rozwijamy się a nie wegetujemy, albo gdy trwamy zachowując swój potencjał a nie niszcząc go, a więc mamy sens czyniąc coś co odbieramy powszechnie jako dobro, a nie to co jawi się jako zło: jeśli pracujemy nad sobą, staramy się żyć w zdrowiu, staramy się pomnażać coś co służy zdrowiu i rozwojowi, nie zaś gdy niszczymy siebie i innych (tzn. logicznie gdy nie niszczymy porządku cywilizacji życia i tworzenia a niekoniecznie cywilizacji śmierci i zniewolenia...). Tyle wymiar odkrywania praw rządzących tym światem i cywilizacji, które to umożliwiają, tzn czynią realnym zorganizowany wysiłek naukowy i twórczą komunikację międzyludzką.
Nauka to jednak przecież ta strona która ma swoją uporządkowaną logiczną, mniej lub bardziej abstrakcyjną metodologię a która jednak zazwyczaj dotyczy wycinków rzeczywistości. Wiemy jednak, że rzeczywistość odkrywamy także za pomocą tych swoich mocy umysłowych, które nazwalibyśmy intuicyjnymi, alternatywnymi stanami świadomości, doznaniami mistycznymi, albo – co teraz modne – na sposób holistyczny, a co więcej ma wspólnego ze sztuką i wiarą niż z nauką. Jest taka rzeczywistość, która do tej pory wymykała się nauce bo ta nie dysponowała przez długi czas instrumentami do jej opisu: rzeczywistość świadomości, rzeczywistość duchowa, ale ponieważ od czasów Junga nauka i w tej dziedzinie czyni postępy, to być może zbliżamy się do jakiejś pełni czasów gdy będziemy w stanie do Prawdy dojść na naprawdę niedużą odległość.
Tak rozumując, ludzkość ma sens także i wtedy gdy stara się o poznanie rzeczywistości przez otwarcie na wymiar transcendentny, a my jednostki postępujemy z sensem jeśli nie tylko umysłem, ale i „sercem” staramy się zgłębiać wieczną Tajemnicę. Sensownym jest zatem zainteresowanie co w tych sprawach mają do powiedzenia inni ludzie, ale przede wszystkim nasłuchiwanie co może nam powiedzieć Istota ogarniająca jak nam, wierzącym, się zdaje tą rzeczywistość. My, jednostki, mamy więc i wtedy sens, gdy podejmujemy regularny wysiłek refleksji duchowej i/lub o ile przyczyniamy się do tego by społeczności w jakich żyjemy realizację tego wymiaru naszego człowieczeństwa umożliwiały.
Nasza racjonalna strona od dawna zauważa, że składamy się z kilku wymiarów, w tym z wymiaru duchowego, który tak średnio pasuje do naszej cielesności, ale który to właśnie czyni nas różnymi od zwierząt, czyli istot które, jak chyba słusznie się wydaje, nie mają czegoś istotnego, co mają ludzie, przynajmniej niektórzy. Zwierzęta np. nie podejmują raczej wysiłku odkrywczego, ich mózgi nie posiadają generalnie kory, odpowiedzialnej za świadomość samych siebie i umożliwiającej skomplikowane procesy myślowe oderwane od czynności związanych z przetrwaniem. Istnieje uzasadnione podejrzenie, że istnieje w nas jakiś pierwiastek który przekracza nasze fizyczne ograniczenia: umożliwia łączenie się z myślami innych istot, wybiega do dalekich wymiarów czasoprzestrzennych. Wiemy, że istnieją zjawiska które, raz zapoczątkowane, nie giną, np. światło. Istnieje więc uzasadnione przekonanie, że i nasza istota niefizyczna nie ginie. A jeśli tak, to co w nas robi i dokąd zmierza?
Dokonując refleksji własnym umysłem, a także starając się łączyć z innymi wymiarami inteligencji, dochodzimy do wniosku, że ta nasza istota niematerialna gdzieś po naszej śmierci idzie. Jedni sądzą, że wchodzi w inne ciało, inni, że idzie do jakiegoś innego wymiaru, być może w zależności od tego jaki poziom, czy rodzaj „wibracji”, osiągnęła. Generalnie te różne koncepcje można pogodzić jeśli np. założy się że coś co dla hinduistów czy buddystów jest kolejnym wcieleniem dla innych będzie czyśćcem czy piekłem. Są to jednak rzeczy, których nie wiemy na pewno; to czego możemy być względnie pewni to możliwość jakiejś formy migracji czegoś co zwiemy duszą czy duchem.
Być może zatem, kolejnym możliwym sensem naszego życia jest dojście do pełniejszej duchowej świadomości, w tym do pełniejszej świadomości Dobra, rozumianego jako swego rodzaju harmonia, pozwalająca połączyć się z Istotą o podobnej harmonii, harmonia obdarzona częstotliwością pozwalającą takiej „duszy” nie zaniknąć i wiecznie trwać. Sensownym na pewno jest brać i taką możliwość pod uwagę: możliwość, że sens naszej wędrówki ziemskiej to także pełniejsze zrozumienie czegoś przez co nie potrafimy wzbić się na wyższy poziom istnienia. Zrozumienie dlaczego być może spadliśmy na jakiś niższy poziom... A więc także wymiar odkrywania „sercem” tego co uczyni nas zdolnymi do przekroczenia fizycznej śmiertelności, a co przy okazji być może pomoże łatwiej tolerować trudy tego naszego fizycznego życia. Nazwijmy ten wymiar Miłością.
Jak więc widzimy, rozważania o sensie naszego istnienia prowadzą nas do przekonania, że istnieje coś co powołani jesteśmy odkrywać i z czym nawet tak na zdrowy rozum jesteśmy w stanie się połączyć, a więc poznać także jako jednostkowe dusze niezależnie od podobnego wysiłku podejmowanego przez całą ludzkość. A to prowadzi nas do kilku konstatacji, które zaprezentujemy niebawem jako wspólny mianownik naszego środowiska.
Lesław Kawalec
| Share |


Komentarze
Brakuje niestety w szerszym wymiarze społecznym otwarcia właśnie na wymiar transcendentny. Nauka generalnie wykpiwa religijność jako przestarzałą formę odpowiedzi na pytania, które teraz nauka ma wrażenie, że udziela.
Kościoły zaś to co prezentują to często rytualizm połączony z jakąś tradycją, zamiast realnego duchowo-moralnego rozwoju. Chociaż oczywiście są jednostki duchowo i moralnie wybitne. Są i jakieś grupy ludzi otwartych na duchowość, na intuicyjne poznanie rzeczywistości, ale ciągle wydaje mi się, że brakuje jakiegoś ogólnoludzkiego zwrócenia uwagi na sprawy Ducha.
Wcześniej ze względu na dominację upolitycznioneg o i autorytarnego kościoła, teraz ze względu na opozycyjny materializm, który wszystko sprowadza w sferze nauki do pustego przypadku i reakcji fizyko-chemicznych, a w sferze egzystencjalnej do własnej egoistycznej przyjemności i otumanienia ludzi.
Dlatego właśnie warto abyśmy zaczęli coś robić, choćby i w kilka osób, aby mimo różnicy w poglądach teologicznych przyświecał nam wspólny cel - rozwoju w dążeniu do poznania Prawdy i rozwoju duchowego ludzkości.
Bo choć różnie mówi się o Bogu, różnego słownictwa się używa, różnie interpretuje, to ciągle chodzi o jedną uniwersalną Prawdę.
Tylko czemu tak mało osób może to zrozumieć?
Rytualizm to chyba dla większości ludzi synonim religijności. Czymże byłyby religie bez magicznych rytuałów, powtarzanych formułek, gestów, specjalnych dźwięków, dymu kadzideł, powłóczystych strojów. Czym bardziej ktoś zrytualizowany tym bardziej święty. Mało tego - "sprawowanie" rytuałów to najpewniejszy sposób na osiągnięcie życia wiecznego. To mocą tych "świętych czynności" człowiek może się udoskonalać i zbliżać do Boga. To co się dzieje pomiędzy rytuałami ma znaczenie drugorzędne dla duchowości. Jakoś ciężko sobie ludziom wyobrazić religię bez rytuałów. Taki pomysł to chyba jedna z największych herezji...
1. różnie się mówi o Bogu, ale często, wielu z nas i nie tylko, rozumiemy tak na prawdę to samo. I mam nadzieję, że niebawem dojdziemy do przeonania, że to co nas łączy to na tyle dużo by mieć wspólne cele.
2. Oczywiście, Wieśku, nawet jeśli część z nas, którzy wyliczą, że zostaje im trochę czasu i już czują jakiś imperatyw działana, zdecyduje się podejmować jakieś działania pozawirtualne, to wspólnota pozostanie zawsze ta sama -- wspólnota przekonań, wspólnego dociekania, bo od tego się wszystko zaczyna. A potem każdy w miarę możliwości będzie wychodził ponad to w sferach w jakich najlepiej sie widzi. Ja sam mam czasem takie urwanie głowy z obowiązkami, że nawet sił nie mam do ... planowania czegokolwiek a co dopiero działania.
3. tak jest, Przemek, to jest właśnie to opium/kadzidło dla ludu, które sprzedają od dawna. A czemu jest to skuteczne? Może dlatego, że zanim jako jakiś homo scholarius zaczęliśmy dokonywać szczegółowszych analiz, większość ludzkości operowała myśleniem teraz popularnie zwanym archetypicznym. Stąd potrzeba symbolu, mitu. Stąd ta uura buura i mantry typu 'w szczególny sposób''wieczna tajemnica' czy 'ofiaruję ci ciało i cześć, duszę i bóstwo pana naszego' no fakt: może lepiej nie myśleć tylko mantrować
z Bogiem!
Dokładnie. To jest potrzebne. Pomimo naszego racjonalizmu w stylu braci polskich nie możemy zatracić życia symbolicznego.
Problem nawet nie jest w samych rytuałach, symbolach, lecz w tym, że one stały się puste i bezsensowne.
Bo dla starożytnych ten ryt był prawdziwym misterium, prawdziwym przeżyciem, wtajemniczeniem , inicjacją, wejściem w świat duchowy.
A dzisiaj dla zracjonalizowan ego człowieka jest to tylko tradycja i trzeba to robić, bo tak i koniec. I to jest żałosne - pusty rytualizm.
Kierujmy się rozumem by nie popaść w "ura bura", ani w zabobon, lecz nie pozwólmy wyprzeć z nas życia duchowego, życia symbolicznego.
Potrzebna jest modlitwa, kontemplacja, medytacja, wizje, sny, misterium. A nie tylko filozoficzne dysputy i etyczne życie.
Rozum i Duch niech nam przewodzą oświetlają drogę!
Dlatego w pełni rozumiem propozycję Leszka, któremu nie chodzi o zrytualizowanie , lecz o nadanie treści i zawiązanie wspólnoty.
Popieram w 100%.
Ale chyba czym innym są symbole, modlitewna czy medytacyjna atmosfera (w tym np. świece i odpowiednia muzyka) a czym innym magiczne ceremonie i zaklęcia za pomocą których można wywołać jakieś konkretne interakcje między światem ducha i materii.
Chodzi mi o to że ogólnie udział w rytuałach stawia się jako szczyt możliwości wierzącego. A wg mnie wiara raczej powinna się ściśle wiązać z codziennym życiem - powinna wywierać na nie pozytywny, budujący wpływ, zarówno w odniesieniu do jednostki jak i otoczenia, społeczności. Właśnie to codzienne życie powinno być głównym ołtarzem wiary. Tak o tym myślę. pzdr
Dokładnie tak.
Masz bardzo socyniańskie podejście. Właśnie podobnie bracia polscy postrzegali religijność, zwłaszcza Socyn.
Myślę, że właśnie w sprawach podstawowych powinniśmy mieć podobną optykę, a detale ? oczywiście tu zawsze mogą być rozbieżności.
Generalnie ta socyniańska idea prawd koniecznych zasadza się na tym, że jak ustalimy to co raczej bezsporne, to może się okazać, że wielu ludziom, moze nawet dużej większości, logicznie wyjdzie, że wnioski z tych prawd koniecznych będą takie same... albo bardzo podobne. Dlatego tak ważne by dotrzeć te sprawy najważniejsze i, niczym na sarmackich sejmach złotego wieku, wspólnie podnosić to do czego się prawie wszyscy zgodzili (z zachowaniem wszelkich proporcji m. nami a sejmami :-]]). Mam wrażenie, że taki mianownik może być zaskakująco szeroki.
Czasem słyszę zniecierpliwien ie, że latami radzimy nad sprawami podstawowymi a niewiele działamy, ale może jest tak, że jak już się w tych 'imponderabiliac h' zgodzimy to w potem w krótkim czasie uda się zrobić więcej niżby to było możliwe gdybyśmy latami albo udawali że wszyscy popieramy jakieś dogmatyczne credo, albo napawali się różnicami
tak jest. zresztą chyba nawet powonie widzieli to bp w XVII w gdy pisali by każdy dzień był jak szabat.
Kanał RSS z komentarzami do tego postu.